przez Słowo » 4 lut 2010, 22:18
Poniżej znajduje się pierwsza część serii, mam nadzieję, że przypomina choć trochę opowiadanie. Bardzo proszę o konstruktywną krytykę.
SIÓDMA
Było ciemno, krople deszczu roztrzaskiwały się z pluskiem o zakurzone ulice Krakowa, pozostawiając nań delikatne wyżłobienia, które z kolei układały się w mozaikę pęknięć bruku. Jedną z nich brodziła niemal bezszelestnie w szafirowym nurcie asfaltowej drogi, wątła kobieca postać. Jedyny blask malujący się na czarnym płótnie jej twarzy tworzyły oczy, w których odbijały się żarówki latarni. Drżącymi dłońmi ściskała skórzany neseser. Dobiegające zewsząd szmery zbudziły niepokój, który kazał jej przyspieszyć kroku. Rozejrzała się wokół. Upewniwszy się że jest sama postanowiła skręcić w ulicę Grodzką. Granat nieba przeszyła strzała piorunu. Wbiegła do ceglanej kamienicy, pomalowanej na kolor jasnej magnolii, choć prócz koloru nie miała ona nic z uroku kwiatu. Stąpając po stromych kamiennych schodach minęła bezdomnego, który leżał w objęciach Morfeusza sapiąc i wydychając z otwartych ust odór alkoholowy. Wspięła się na trzecie piętro. Czarny płaszcz zdobiły teraz drobne śnieżynki tynku z odrapanych ścian. Gdy dotarła pod drzwi, które dawno zapomniały o czasach swojej świeżości rażąc licznymi smugami oraz wgłębieniami, rozległ się delikatny dzwonek metalu o metal. Odnalazłszy właściwy klucz włożyła go do zamka i po chwili wślizgnęła się do wnętrza obskurnej kawalerki.
Znajdując się w ciasnym przedsionku zdjęła płaszcz i zamaszystym ruchem rzuciła go na dębową komodę. Z ciemnego kaptura wyłoniło się oblicze młodej liczącej około trzydzieści lat kobiety. Skórę miała bardzo bladą, niemal porcelanową, widocznie zmęczoną. Uwolniona ze ścisku burza miedzianych loków rozprysła się na różne strony rozweselając nieco jej wizerunek. Po środku ściany w pokoju, służącym jednocześnie za kuchnię, salon i łazienkę, wisiał duży pozłacany zegar, który ogłaszał właśnie nadejście północy niezbyt głośnym metalicznym gongiem. Wśród odgłosów bicia, poczuła się mniej samotna. Jakby ktoś czekał cierpliwie cały dzień i pół nocy by być wysłuchanym właśnie przez nią.
Powieki zaczęły tworzyć przed nią obraz bezkresnej ciemności zasklepiając się mimowolnie. Uległa gasząc światło i opadając bezsilnie na zgrzypiącą wersalkę.
Zegar wybijał południe, dla Anieli, bo tak miała na imię, każde uderzenie zdawało się głośniejsze i bardziej przerażające niczym alarm obwieszczający stan wojenny. Mocne słońce przecinało żaluzje w oknach tworząc kontrast z poszarzałymi ścianami. Rozbudzona uświadomiła sobie, że zaspała. Był październik, prawdziwa „złota jesień”, jej ulubiona pora roku. Tego poranka tj. siódmego dnia miesiąca mogła wreszcie wydostać się z miasta, które zdążyła znienawidzić z wzajemnością. Pociąg, będący jedynym środkiem transportu do miejsca w które chciała się udać, ruszył półtorej godziny temu niewzruszony nieobecnością kobiety. Zerwała się na równe nogi sięgnęła po telefon, wykręciła spiesznie numer, który udało jej się spamiętać, gdy odezwał się bezbarwny głos kobiety sprawiającej wrażenie znudzonej egzystencją, poprosiła o przebukowanie biletu na późniejszą godzinę. Zyskując dzięki temu 180 długich minut w piekle, gdzie każde spojrzenie na oklepany widok kruchych kamienic oraz obojętnych na wszystko ludzi– parzyło jak ogień. Myślami błądziła już wśród kojących umysł fal Atlantyku. Ubrała się inaczej niż zwykle, dość ekscentrycznie ale niezbyt wpadając w oko, w turkusowe spodnie i ciemno różowy pikowany sweter. Rude loki przykryła blond peruka z ułożonym niedużym stylowym kokiem. Umalowała twarz starając się nadać jej obce cechy. Poddając się tym zabiegom poczuła jak aktorka przed pierwszym spektaklem, „życie to teatr” – pomyślała otwierając drzwi. Jedynym bagażem jaki posiadała była mahoniowa torba, której wnętrze zajmował majątek odziedziczony dzięki Lidii. Starszej kobiecie, którą Aniela opiekowała się jako pielęgniarka, oddając jej całe serce gdyż podobnie jak ona nie posiadała nikogo bliskiego. Kobiety mimo dużej przepaści wiekowej szybko znalazły wspólny język i często ich rozmowy nie miały końca, również po godzinach pracy. Lidia była jedynaczką. Rodzice odeszli ze starości gdy miała 50 lat, najpierw ojciec a po pół roku matka. Trzy lata później zdarzył się nieszczęśliwy wypadek w fabryce części samochodowych, w którym zginął jej mąż.
Z koleii Aniela nie miała szczęścia zakosztować prawdziwego życia rodzinnego wychowując się w Domu Dziecka. Odkąd pamięta była częścią systemu uczącego jak przetrwać za wszelką cenę. Wielu wychowanków ośrodka, w którym przebywała do 18 roku życia, albo zaćpało się na śmierć próbując odnaleźć swój inny świat albo było na dobrej drodze ku temu.
Czas mijając zdawał się machać wskazówką na pożegnanie, zbliżając ją do jednej z ręcznie malowanych cyfr mianowicie trójki, oznaczającej godzinę piętnastą. Aniela czekała niecierpliwie na peronie zastanawiając się czy ławka na której siedzi nie była uprzednio zajmowana przez jednego z bezdomnych tułaczy. Kaczkowaty głos ogłaszający przyjazd pociągu, wywołał napływ adrenaliny. Wstała niemal słysząc bicie własnego serca. Gdy rozległ się zgrzyt szyn wywołany ciężarem ogromnego cielska pociągu ruszyła w stronę czwartego wagonu. Przedział gdzie przydzielono jej miejscówkę był pusty,- ”widocznie niewielu ludzi kręci wycieczka nad morze jesienią”- pomyślała. Usiadła, ułożyła neseser na kolanach i spojrzała za okno. Mur popielatych obłoków zakrył słoneczne ostrza, nie pozwalając im się przebić na niższe partie życia. W powietrzu dał się wyczuć żelazny puls gnającego pociągu.Odwróciła głowę podciągnęła kolana pod brodę i zamknęła oczy. Wiedziała, że tej chwili nigdy nie zapomni. Uczucia błogiego spokoju i świadomej wolności jakiej wcześniej nie doświadczyła.
Z całych dziesięciu godzin podróży nie przespała ani chwili czujnie pilnując bagażu. Gdy rześkość wczesnego powietrza przedarła się z otwartego okna w korytarzu przez szczelinę niedomkniętych drzwi, powoli wstała wsparła okno łokciami i przysłuchiwała się ostatnim oddechom zmęczonej maszyny. Wysiadając poczuła się zupełnie zagubiona, przeszył ją dreszcz chłodnego świtu. Wszystko wokół było obce nawet niebo, które nad morzem ma najczystszy odcień błękitu. Na stacji weszła do poczekalni, znajdując w miarę schludnie wyglądającą jedną z plastikowych czrwonych ławek usiadła, rozłożyła mapę próbując odnaleźć kierunek swojej dalszej drogi. Błądząc wzrokiem po pajęczynie precyzyjnie nakreślonych ulic, pomyślała ironicznie, że z tej perspektywy dzieli ją zaledwie kilka centymetrów od celu. Złożyła papier i ruszyła kamienistą ścieżką wzdłuż korytarza drzew, z którego niczym muśnięciem pędzla spływały barwy liści. Zauroczona naturalnym wernisażem zwolniła kroku, pomyślała ‘jeśli miejsca mają ‘przypisanych’ właścicieli, to jest na pewno moje’. Z końcem tunelu gałęzi wyłonił się z mgły zarys niebieskiej tablicy. Podeszła bardzo blisko usiłując odczytać rozmyte litery i cyfry. Odetchnęła z ulgą dostrzegając uśmiechnięte przyjaźnie jasne reflektory nadjeżdżającej maszyny.
Autokar zatrzymał się i rozłożył przed nią ramię drzwi. Nie zastanawiając się ani chwili weszła do środka i opadła na pierwsze wolne miejsce jakie dostrzegła. Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Powieki stały się ciążkie jak żelazne kraty usiłując zatrzasnąć ją w lochu wewnętrznej ciemności. Nie mogła do tego dopuścić, przecież wokół jest tylu obcych ludzi, którzy korzystając z okazji mogliby skraść jej majątek. Na szczęście młodzieniec siedzący z przodu, rozmawiał zbyt głośno przez telefon z ‘kwiatuszkiem’ tworząc tą rozmowę nie do końca intymną. Z kolei kobieta zajmująca dwa miejsca po przeciwległej stronie, przydająca na myśl muzę Rubensa, chrapała równie impulsywnie jak ton głosu mężczyzny, utrzymując Anielę przytomną.
Podróż minęła szybko i bez komplikacji, jedynym defektem był uciążliwy ból głowy, który nasilał się z każdą chwilą sprawiając że wysiadając czuła się zupełnie otumaniona i zdezorientowana. Ruszyła przed siebie, próbując zebrać myśli spojrzała w którą stronę rosną numery domów by upewnić się, że idzie w odpowiednim kierunku. Ulica zdawała się nie mieć końca i Aniela posuwała się powoli jak zdobycz trawiona w długaśnym cielsku Anakondy. Po godzinie snucia się tą gardzielą w końcu odnalazła światło. Radość natychmiast zastąpił niepokój gdy przed jej oczami stanął nieduży dom koloru jasnej pistacji a z drzwi cynicznie śmiała się pozłacana cyfra siedem.
Ostrożnie wyszła po dwóch marmurowych stopniach dzielących ją od wejścia. Nim zdążyła zapukać drzwi otworzyły się a z wnętrza domu wyłoniła się sylwetka mężczyzny pokaźnej postury. – agentko 7, już może się pani obudzić. – Potężne dłonie pochwyciły ją za ramiona z obu stron i zaczęły potrząsać. Całe otoczenie zastąpił zamglony biały kwadrat… sufit. Leżała na lekarskim łóżku w samym środku sterylnie czystej sali. Nie mogła się ruszyć, grube pasy krępowały jej kończyny. - Przeszłaś test negatywnie. Nie możemy Ci zaufać.- zabrzmiał inny męski głos. Który znała nazbyt doskonale…głos szefa. Nie mogła uwierzyć, że w ten sposób zakończy się jej i tak marna egzystencja. - pokładaliśmy w Tobie duże nadzieje, przeszłaś najlepsze szkolenia. Jednak człowiek pozostanie tylko człowiekiem. Czas zainwestować w maszyny.- padł wyrok. Ciało Anieli przeszedł zimny dreszcz. – nie mogłam dłużej oszukiwać tych ludzi. Lidia miała być ostatnia… - wyszeptała.
- Nie ma takich ludzi jak Lidia, ona była jedynie mrzonką Twojego mózgu, teraz z pewnością to dostrzegasz. Zapominasz, że rzeczywistość tworzy potworów schorowanych, zgorzkniałych i samotnych, co w gruncie rzeczy powoduje ich zbyteczność.
My natomiast nadajemy tej marnej egzystencji znaczenie, prawdą jest, że bezwiednie ale pamiętaj testują leki, które mogą ratować inne życie. Jak wiesz fundusze, które zyskujemy przy okazji, zostają wykorzystane na badania a nie własne wygody! Nie potrzeba nam więcej egoistów i tak świat uchyla się już dobitnie czując ich ciężar.
Ostatnio edytowano 7 lut 2010, 00:36 przez
Słowo, łącznie edytowano 4 razy