Nasza Twórczość

Fantasy, Science-Fiction, Horrory i inne.

Postprzez Słowo » 4 lut 2010, 22:18

Poniżej znajduje się pierwsza część serii, mam nadzieję, że przypomina choć trochę opowiadanie. Bardzo proszę o konstruktywną krytykę.


SIÓDMA

Było ciemno, krople deszczu roztrzaskiwały się z pluskiem o zakurzone ulice Krakowa, pozostawiając nań delikatne wyżłobienia, które z kolei układały się w mozaikę pęknięć bruku. Jedną z nich brodziła niemal bezszelestnie w szafirowym nurcie asfaltowej drogi, wątła kobieca postać. Jedyny blask malujący się na czarnym płótnie jej twarzy tworzyły oczy, w których odbijały się żarówki latarni. Drżącymi dłońmi ściskała skórzany neseser. Dobiegające zewsząd szmery zbudziły niepokój, który kazał jej przyspieszyć kroku. Rozejrzała się wokół. Upewniwszy się że jest sama postanowiła skręcić w ulicę Grodzką. Granat nieba przeszyła strzała piorunu. Wbiegła do ceglanej kamienicy, pomalowanej na kolor jasnej magnolii, choć prócz koloru nie miała ona nic z uroku kwiatu. Stąpając po stromych kamiennych schodach minęła bezdomnego, który leżał w objęciach Morfeusza sapiąc i wydychając z otwartych ust odór alkoholowy. Wspięła się na trzecie piętro. Czarny płaszcz zdobiły teraz drobne śnieżynki tynku z odrapanych ścian. Gdy dotarła pod drzwi, które dawno zapomniały o czasach swojej świeżości rażąc licznymi smugami oraz wgłębieniami, rozległ się delikatny dzwonek metalu o metal. Odnalazłszy właściwy klucz włożyła go do zamka i po chwili wślizgnęła się do wnętrza obskurnej kawalerki.
Znajdując się w ciasnym przedsionku zdjęła płaszcz i zamaszystym ruchem rzuciła go na dębową komodę. Z ciemnego kaptura wyłoniło się oblicze młodej liczącej około trzydzieści lat kobiety. Skórę miała bardzo bladą, niemal porcelanową, widocznie zmęczoną. Uwolniona ze ścisku burza miedzianych loków rozprysła się na różne strony rozweselając nieco jej wizerunek. Po środku ściany w pokoju, służącym jednocześnie za kuchnię, salon i łazienkę, wisiał duży pozłacany zegar, który ogłaszał właśnie nadejście północy niezbyt głośnym metalicznym gongiem. Wśród odgłosów bicia, poczuła się mniej samotna. Jakby ktoś czekał cierpliwie cały dzień i pół nocy by być wysłuchanym właśnie przez nią.
Powieki zaczęły tworzyć przed nią obraz bezkresnej ciemności zasklepiając się mimowolnie. Uległa gasząc światło i opadając bezsilnie na zgrzypiącą wersalkę.

Zegar wybijał południe, dla Anieli, bo tak miała na imię, każde uderzenie zdawało się głośniejsze i bardziej przerażające niczym alarm obwieszczający stan wojenny. Mocne słońce przecinało żaluzje w oknach tworząc kontrast z poszarzałymi ścianami. Rozbudzona uświadomiła sobie, że zaspała. Był październik, prawdziwa „złota jesień”, jej ulubiona pora roku. Tego poranka tj. siódmego dnia miesiąca mogła wreszcie wydostać się z miasta, które zdążyła znienawidzić z wzajemnością. Pociąg, będący jedynym środkiem transportu do miejsca w które chciała się udać, ruszył półtorej godziny temu niewzruszony nieobecnością kobiety. Zerwała się na równe nogi sięgnęła po telefon, wykręciła spiesznie numer, który udało jej się spamiętać, gdy odezwał się bezbarwny głos kobiety sprawiającej wrażenie znudzonej egzystencją, poprosiła o przebukowanie biletu na późniejszą godzinę. Zyskując dzięki temu 180 długich minut w piekle, gdzie każde spojrzenie na oklepany widok kruchych kamienic oraz obojętnych na wszystko ludzi– parzyło jak ogień. Myślami błądziła już wśród kojących umysł fal Atlantyku. Ubrała się inaczej niż zwykle, dość ekscentrycznie ale niezbyt wpadając w oko, w turkusowe spodnie i ciemno różowy pikowany sweter. Rude loki przykryła blond peruka z ułożonym niedużym stylowym kokiem. Umalowała twarz starając się nadać jej obce cechy. Poddając się tym zabiegom poczuła jak aktorka przed pierwszym spektaklem, „życie to teatr” – pomyślała otwierając drzwi. Jedynym bagażem jaki posiadała była mahoniowa torba, której wnętrze zajmował majątek odziedziczony dzięki Lidii. Starszej kobiecie, którą Aniela opiekowała się jako pielęgniarka, oddając jej całe serce gdyż podobnie jak ona nie posiadała nikogo bliskiego. Kobiety mimo dużej przepaści wiekowej szybko znalazły wspólny język i często ich rozmowy nie miały końca, również po godzinach pracy. Lidia była jedynaczką. Rodzice odeszli ze starości gdy miała 50 lat, najpierw ojciec a po pół roku matka. Trzy lata później zdarzył się nieszczęśliwy wypadek w fabryce części samochodowych, w którym zginął jej mąż.

Z koleii Aniela nie miała szczęścia zakosztować prawdziwego życia rodzinnego wychowując się w Domu Dziecka. Odkąd pamięta była częścią systemu uczącego jak przetrwać za wszelką cenę. Wielu wychowanków ośrodka, w którym przebywała do 18 roku życia, albo zaćpało się na śmierć próbując odnaleźć swój inny świat albo było na dobrej drodze ku temu.

Czas mijając zdawał się machać wskazówką na pożegnanie, zbliżając ją do jednej z ręcznie malowanych cyfr mianowicie trójki, oznaczającej godzinę piętnastą. Aniela czekała niecierpliwie na peronie zastanawiając się czy ławka na której siedzi nie była uprzednio zajmowana przez jednego z bezdomnych tułaczy. Kaczkowaty głos ogłaszający przyjazd pociągu, wywołał napływ adrenaliny. Wstała niemal słysząc bicie własnego serca. Gdy rozległ się zgrzyt szyn wywołany ciężarem ogromnego cielska pociągu ruszyła w stronę czwartego wagonu. Przedział gdzie przydzielono jej miejscówkę był pusty,- ”widocznie niewielu ludzi kręci wycieczka nad morze jesienią”- pomyślała. Usiadła, ułożyła neseser na kolanach i spojrzała za okno. Mur popielatych obłoków zakrył słoneczne ostrza, nie pozwalając im się przebić na niższe partie życia. W powietrzu dał się wyczuć żelazny puls gnającego pociągu.Odwróciła głowę podciągnęła kolana pod brodę i zamknęła oczy. Wiedziała, że tej chwili nigdy nie zapomni. Uczucia błogiego spokoju i świadomej wolności jakiej wcześniej nie doświadczyła.

Z całych dziesięciu godzin podróży nie przespała ani chwili czujnie pilnując bagażu. Gdy rześkość wczesnego powietrza przedarła się z otwartego okna w korytarzu przez szczelinę niedomkniętych drzwi, powoli wstała wsparła okno łokciami i przysłuchiwała się ostatnim oddechom zmęczonej maszyny. Wysiadając poczuła się zupełnie zagubiona, przeszył ją dreszcz chłodnego świtu. Wszystko wokół było obce nawet niebo, które nad morzem ma najczystszy odcień błękitu. Na stacji weszła do poczekalni, znajdując w miarę schludnie wyglądającą jedną z plastikowych czrwonych ławek usiadła, rozłożyła mapę próbując odnaleźć kierunek swojej dalszej drogi. Błądząc wzrokiem po pajęczynie precyzyjnie nakreślonych ulic, pomyślała ironicznie, że z tej perspektywy dzieli ją zaledwie kilka centymetrów od celu. Złożyła papier i ruszyła kamienistą ścieżką wzdłuż korytarza drzew, z którego niczym muśnięciem pędzla spływały barwy liści. Zauroczona naturalnym wernisażem zwolniła kroku, pomyślała ‘jeśli miejsca mają ‘przypisanych’ właścicieli, to jest na pewno moje’. Z końcem tunelu gałęzi wyłonił się z mgły zarys niebieskiej tablicy. Podeszła bardzo blisko usiłując odczytać rozmyte litery i cyfry. Odetchnęła z ulgą dostrzegając uśmiechnięte przyjaźnie jasne reflektory nadjeżdżającej maszyny.
Autokar zatrzymał się i rozłożył przed nią ramię drzwi. Nie zastanawiając się ani chwili weszła do środka i opadła na pierwsze wolne miejsce jakie dostrzegła. Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Powieki stały się ciążkie jak żelazne kraty usiłując zatrzasnąć ją w lochu wewnętrznej ciemności. Nie mogła do tego dopuścić, przecież wokół jest tylu obcych ludzi, którzy korzystając z okazji mogliby skraść jej majątek. Na szczęście młodzieniec siedzący z przodu, rozmawiał zbyt głośno przez telefon z ‘kwiatuszkiem’ tworząc tą rozmowę nie do końca intymną. Z kolei kobieta zajmująca dwa miejsca po przeciwległej stronie, przydająca na myśl muzę Rubensa, chrapała równie impulsywnie jak ton głosu mężczyzny, utrzymując Anielę przytomną.

Podróż minęła szybko i bez komplikacji, jedynym defektem był uciążliwy ból głowy, który nasilał się z każdą chwilą sprawiając że wysiadając czuła się zupełnie otumaniona i zdezorientowana. Ruszyła przed siebie, próbując zebrać myśli spojrzała w którą stronę rosną numery domów by upewnić się, że idzie w odpowiednim kierunku. Ulica zdawała się nie mieć końca i Aniela posuwała się powoli jak zdobycz trawiona w długaśnym cielsku Anakondy. Po godzinie snucia się tą gardzielą w końcu odnalazła światło. Radość natychmiast zastąpił niepokój gdy przed jej oczami stanął nieduży dom koloru jasnej pistacji a z drzwi cynicznie śmiała się pozłacana cyfra siedem.
Ostrożnie wyszła po dwóch marmurowych stopniach dzielących ją od wejścia. Nim zdążyła zapukać drzwi otworzyły się a z wnętrza domu wyłoniła się sylwetka mężczyzny pokaźnej postury. – agentko 7, już może się pani obudzić. – Potężne dłonie pochwyciły ją za ramiona z obu stron i zaczęły potrząsać. Całe otoczenie zastąpił zamglony biały kwadrat… sufit. Leżała na lekarskim łóżku w samym środku sterylnie czystej sali. Nie mogła się ruszyć, grube pasy krępowały jej kończyny. - Przeszłaś test negatywnie. Nie możemy Ci zaufać.- zabrzmiał inny męski głos. Który znała nazbyt doskonale…głos szefa. Nie mogła uwierzyć, że w ten sposób zakończy się jej i tak marna egzystencja. - pokładaliśmy w Tobie duże nadzieje, przeszłaś najlepsze szkolenia. Jednak człowiek pozostanie tylko człowiekiem. Czas zainwestować w maszyny.- padł wyrok. Ciało Anieli przeszedł zimny dreszcz. – nie mogłam dłużej oszukiwać tych ludzi. Lidia miała być ostatnia… - wyszeptała.

- Nie ma takich ludzi jak Lidia, ona była jedynie mrzonką Twojego mózgu, teraz z pewnością to dostrzegasz. Zapominasz, że rzeczywistość tworzy potworów schorowanych, zgorzkniałych i samotnych, co w gruncie rzeczy powoduje ich zbyteczność.
My natomiast nadajemy tej marnej egzystencji znaczenie, prawdą jest, że bezwiednie ale pamiętaj testują leki, które mogą ratować inne życie. Jak wiesz fundusze, które zyskujemy przy okazji, zostają wykorzystane na badania a nie własne wygody! Nie potrzeba nam więcej egoistów i tak świat uchyla się już dobitnie czując ich ciężar.
Ostatnio edytowano 7 lut 2010, 00:36 przez Słowo, łącznie edytowano 4 razy
Avatar użytkownika
Słowo
 
Posty: 4
Dołączył: 2 lut 2010, 20:02
Lokalizacja: Krak

Postprzez Logan » 6 lut 2010, 12:46

Ogólnie ciekawe opowiadanie, bardzo "kolorowe", tak barwne opisy kolorów to celowy zabieg (popielate, magnoliowe, szafirowe)? Mocno rzuciło mi się to w oczy, jakbyś każdy standardowy kolor, próbowała opisać inaczej, aby nie było szablonowo. Dwa razy powtarzasz epitet "magnoliowe", na początku i na końcu, tak rzadkie wyrazy raczej nie powinny się powtarzać.

"każde uderzenie zdawało się głośniejsze i bardziej przerażające niczym alarm obwieszczający stan wojenny"

Dlaczego były to przerażające bicia zegara?

Atmosfera napięcia i oczekiwania, nawet przerażenia, w sumie nie ma uzasadnienia, czego tak właściwie bała się Aniela?

Ciekawy zwrot akcji na końcu, ale moim zdaniem za mało wyjaśnia, właściwie nic. Prawdopodobnie będzie to kontynuowane w następnej części i wtedy wszyscy dowiedzą się o co tak naprawdę chodziło... Cóż, czekam na drugą cześć, ale wystarczyłby jeszcze jeden krótki akapit końcowy, który zamknąłby całość. Byłoby kompletne, interesujące opowiadanie, a tak, skazujesz czytelników na oczekiwanie, pytanie czy zaczekają...?

Popracuj również nad interpunkcją, w wielu miejscach brakowało mi przecinków. Stylistycznie zgrabnie, styl podoba mi się.

Wytrwałości w pracy twórczej :)
You might be a big fish, in a little pond... doesn't mean you've won...
Avatar użytkownika
Logan
 
Posty: 3094
Dołączył: 3 lis 2004, 21:38
Lokalizacja: Fenris / Warszawa

Postprzez Słowo » 7 lut 2010, 00:21

Zastąpiłam drugą magnolię pistacją. Barwy wydają mi się ciekawsze w takiej formie.

Z interpunkją zawsze byłam na bakier. Pracuję nad tym.

Dodałam trochę dialogu na koniec. Mam nadzieję, że coś rozjaśnia.

Aniela bała się, że zostanie przyłapana na ucieczce.
Druga część wiele wyjaśnia. Niebawem dodam.

Dziękuję za bardzo cenne uwagi. Popracuję nad tym, czego się dowiedziałam.
Avatar użytkownika
Słowo
 
Posty: 4
Dołączył: 2 lut 2010, 20:02
Lokalizacja: Krak

Postprzez Wiedźma » 9 lut 2010, 00:24

Słowo napisał(a):Poniżej znajduje się pierwsza część serii, mam nadzieję, że przypomina choć trochę opowiadanie. Bardzo proszę o konstruktywną krytykę.


Uwagi techniczne:
- dużo błędów interpunkcyjnych, przydałaby się korekta;
- trochę za mało akapitów tworzysz, przez co niektóre myśli są wymieszane;
- z jednej strony starasz się pisać bardzo barwnie, z drugiej jednak skracasz opisy, zaledwie wspominając o czymś. Wydaje mi się, że mogłabyś spróbować albo poszerzyć opisy, dodając im jeszcze więcej szczegółów (mój ulubiony przykład - Schulz. Przyjrzyj się jego opisom w "Sklepach cynamonowych" ;)). Z drugiej strony, mogłabyś się zdecydować na konwencję całkiem skrótową, szybką - to by "utwardziło" opowiadanie. W grę wchodzi także trzecia możliwość - przetykać barokowe formy wspomnianymi surowymi opisami, ale to zabieg szalenie ryzykowny i chyba nie do końca zgodny z Twoją wizją tekstu. Niemniej w obecnej formie całość sprawia wrażenie, jakbyś nie do końca mogła się zdecydować, który sposób opisywania wolisz.

Uwagi merytoryczne:
- brakuje mi szerszego portretu psychologicznego bohaterki; Prowadzony przez Ciebie sposób narracji aż prosi się o to, żeby pogłębić psychologizm postaci.
- spotkanie obu kobiet sprawia wrażenie wyrwanego z kontekstu. Może byś spróbowała już w początkowych partiach tekstu przeplatać jakieś wątki, sygnalizujące obecność innych osób w opowieści? Myślę, że mogło by wyjść ciekawie i bardziej spójnie. Aczkolwiek to tylko taka sugestia do poeksperymentowania ;).


Tyle wstępnie, lecę spać, bo rano na egzamin nie wstanę :P.
Pozdrawiam Cię serdecznie,
W.
"Lecz czemu jesteś samotny? I czemu nie zbiegło z Tobą całe piekło? Czyżby ból ich był mniejszy, mniej godny ucieczki? Lub mniej odporny jesteś niźli oni?"

Pamiętaj: każdy popełniony błąd ortograficzny zwiększa prawdopodobieństwo wiedźmofobii!
Avatar użytkownika
Wiedźma
 
Posty: 5475
Dołączył: 27 cze 2004, 19:52
Lokalizacja: Inferno / Kraków /

Postprzez Słowo » 10 lut 2010, 19:51

Dziękuję Wiedźmo, takiej krytyki potrzebowałam, usiądę i spróbuje zastosować się do Twoich wskazówek. ogromnie dziękuję
Avatar użytkownika
Słowo
 
Posty: 4
Dołączył: 2 lut 2010, 20:02
Lokalizacja: Krak

Postprzez Wiedźma » 10 lut 2010, 20:28

Nie ma za co - polecam się na przyszłość ;). Jak coś poprawisz to wrzuć tutaj, ciekawa jestem co z tym zrobisz :).
"Lecz czemu jesteś samotny? I czemu nie zbiegło z Tobą całe piekło? Czyżby ból ich był mniejszy, mniej godny ucieczki? Lub mniej odporny jesteś niźli oni?"

Pamiętaj: każdy popełniony błąd ortograficzny zwiększa prawdopodobieństwo wiedźmofobii!
Avatar użytkownika
Wiedźma
 
Posty: 5475
Dołączył: 27 cze 2004, 19:52
Lokalizacja: Inferno / Kraków /

Re: Nasza Twórczość

Postprzez Madalena » 21 kwi 2010, 23:00

Mężczyzna nerwowo przechadzał się po pokoju. Co jakiś czas zatrzymywał się i spoglądał na zegarek. Jego mina świadczyła o zniecierpliwieniu, które było spowodowane przedłużającym się czekaniem.

-15 minut. Jeszcze 15 minut- pomyślał.

Normalnie nie miał problemu z wykorzystaniem wolnego czasu, ale ta sytuacja była wyjątkowa. Z bolesnym westchnieniem usiadł na jedynym wolnym krześle w pokoju. Resztę stołków pokrywały ubrania i rozmaite papiery. Właściwie to całe pomieszczenie wyglądało jakby przeszedł przez nie huragan. Na podłodze leżały sterty książek, a pudełka po jedzeniu i napojach zajmowały większość sporego łóżka.
Nie sposób było także określić jaka jest pora dnia. Grube kotary, w kolorze ciemnej miedzi, zasłaniały okna nie dając rozpanoszyć się światłu. Na szczęście wiedza o wyglądzie świata zewnętrznego nie była mu potrzebna. Krzysztof - bo tak nazywał się ów człowiek- doskonale wiedział, która jest godzina.

Zostało 13 minut.

Gdyby w domu był telewizor nasz bohater zapewne włączyłby go zapełniając sobie czas oglądaniem. Niestety, jedynym sprawnym elektronicznym urządzeniem była lodówka. Jej miarowe buczenie niejednokrotnie ułatwiało mu zasypianie. Podszedł do jednej z szafek kuchennych z nadzieją, lecz otworzywszy ja nie znalazł tego co potrzebował.

Krzysztof nie palił, gdyby był nałogowcem na pewno wyciągnąłby teraz pogniecioną paczkę papierosów z kieszeni i ulżył swemu cierpieniu. Krzysztof także nie przeklinał, żaden więc niecenzuralny wyraz nie wydostał się z jego ust. Po prostu wrócił w całkowitym milczeniu na swoje krzesło i usiadł ze spuszczoną głową. Potworny ból szarpnął jego trzewiami.

Zostało 10 minut.

W tej pseudo-agonii starał się pomyśleć o czymś innym. Przyjemniejszym.
Matka... Nie, ten obraz zawsze sprawiał mu dodatkowy ból. Nigdy nie był dla niej dość dobry. Ojciec? Wiecznie zajęty i zestresowany człowiek, dla którego Krzysztof mógłby nawet nie istnieć. Zamroczony bólem starał się znaleźć punkt zaczepienia, oparcie dla swoich rozbieganych myśli. Praca... Ona nigdy go nie opuściła, zawsze dawała wytchnienie i satysfakcję. Lecz to właśnie przez nią znalazł się w tej sytuacji. Co robić?!

Zegarek pokazywał 23 34. Oznaczało to jeszcze 7 minut czekania.


-7 minut- pomyślał Krzysiek- Tyle czasu zabiera mi codziennie dojazd do pracy. Jak to jest, że rano upływają mi one tak szybko, a teraz wydają się wiecznością ?
Te i inne „filozoficzne” rozważania pozwoliły mu na jakiś czas oderwać się od rzeczywistości. Bolesność brzucha dała o sobie znać kilka chwil później.


3 minuty...

Ze zdenerwowania spociły mu się ręce.

2 minuty...

Poczuł suchość w ustach a serce zaczęło bić szybciej.

Minu... W tej chwili zadzwonił telefon. Krzysztof powoli podszedł do aparatu i z wahaniem podniósł słuchawkę.

-Halo?

Odpowiedział mu zdenerwowany głos:

-Pan Krzysztof (piiiippp) ?

-Tak, przy telefonie.

- Bardzo mi przykro, ale z powodu korków w centrum miasta nasz posłaniec spóźni się.. Eeeee...Jakieś... 10 minut...- powiedziała niepewnie kobieta po drugiej stronie.

Krzysztof upuścił telefon. Nogi się pod nim ugięły. Upadł na kolana i ze łzami w oczach wpatrywał się w swe ręce.

To niemożliwe- wyszeptał.

Skulił się w pozycji embrionalnej na dywanie czekając na śmierć. Wiedział, że zanim ona nadejdzie przyjdzie mu cierpieć daleko bardziej niż teraz. Zastanawiał się co mógł zrobić tak złego by życie doświadczało go w ten sposób. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi zaczął bezgłośnie płakać. Nie wiedział ile czasu upłynęło, wydawało mu się, że całe wieki przeleżał na podłodze zanim usłyszał upragniony dźwięk dzwonka do drzwi. Ostatkiem sił zerwał się na nogi i w biegu porwał portfel leżący na stole. Choć od przedpokoju dzieliło go zaledwie kilka metrów ciemna mgła zasnuła mu na chwilę wzrok.

- Nie poddam się - wysyczał przez zęby mężnie stawiając kolejne kroki.

Dotarłszy do celu upewnił się tylko, że po drugiej stronie znajduje się osoba, której oczekiwał. Otworzył jej pośpiesznie i wcisnąwszy w rękę posłańca kilka banknotów wyszarpnął mu pudełko. Nie zwracając uwagi na minę chłopaka, zatrzasnął mu drzwi przed nosem i szybko przeszedł do pokoju. Wolną ręką zmiótł ze stołu na ziemie wszystkie kartki i butelki, i położył na nim drogocenny ładunek. Wciągnął w nozdrza znajomy zapach, jego cierpienie miało się wkrótce zakończyć.

Rozejrzawszy się jeszcze, czy nikt go nie obserwuje, wyciągnął z uśmiechem rękę w kierunku pudełka z najważniejszym dla niego w życiu napisem. "Pizza"
I have ways to make you talk,
but you have nothing interesting to say
Avatar użytkownika
Madalena
 
Posty: 137
Dołączył: 19 kwi 2010, 21:11
Lokalizacja: cholerna Warszawa

Re: Nasza Twórczość

Postprzez Cazpian » 22 kwi 2010, 19:52

Hahahaha poczucie humoru to musisz mieć po mnie :p mycho :P .
Jakby nie można było się hmm 'dopisać ' do właściwych osób - Proszę o usunięcie swojego konta ... pozdrawiam..
Cazpian
 
Posty: 396
Dołączył: 6 lis 2005, 17:45

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Książki

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: brak zalogowanych użytkowników i 1 gość

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 21 cze 2019, 00:32 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA | Forum: PHPBB
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka

cron