Nasza Twórczość

Fantasy, Science-Fiction, Horrory i inne.

Nasza Twórczość

Postprzez Louner » 12 paź 2005, 17:02

Epitafium

I mrok osunie się na wierzeje światłości…
Ludzie zatracą wiarę, zatracą wspomnienia, dumę i honor…
Nadejdzie czas na chwalebnych, dobrych i silnych…
Takich, którzy wskażą ścieżkę tym, którzy jej szukają…
Reszta zatraconych nie będzie wiedziała w co wierzyć…
I wtedy nastanie koniec…

*

Bard skończył pieśń o śpiewających duszach i płaczących losach. Szarpane struny lutni tworzyły melodię piękną. Taką, dla której można zabijać, kochać, radować się, czy rozpaczać.
O tyle tkliwe wydało się wszystkim przedstawienie, że powstali i gromko bijąc brawo, pozdrawiali barda wykrzykując radosne słowa podzięki i liczne pochlebstwa.
Śpiewak skłonił się, zszedł ze sceny.
Lutnia ciągle kołysała się oparta o jego ramię. Struny leżące w bezruchu wzbudzały żałość w widzach, a muzyka barda wydawała się ciągle dudnić w z wolna pustoszejącej sali.
Trubadur popchnął drzwi wyjściowe niewielkiej izdebki w której odprawił występ i zjawił się tym samym na niewielkim placyku.
Pierwsza rzecz, która wpadłaby w oko bardowi, to grawerowany przypis wyryty na umieszczonej u stóp niewielkiego pomniku, kamiennej płycie.
„Dedykuję me ciało monarsze, a duszę królestwu!
O mości królowo naszo, lituj się nad poddanymi”
Mottem kierowali się paladyni.
Święta trzynastka.
Teraz zostało dwunastu.
Żyją w rozsypce.
Zbrojni z orszaku, chwalebni rycerze.
Śpiewak odwrócił się.
- Bardzie! Nie zagrasz jeszcze raz dla paladyna?
Trubadur uśmiechnął się.
- Podoba ci się moja lutnia, wojaku?
Paladyn podrzucił monetę. Patrzył, jak mały, srebrzysty krążek miarowo obraca się, ukazując to raz niezbyt wprawnie wytłoczony monarszy profil, to znowu gładką, połyskliwą ściankę.
Z lekkim pluśnięciem wylądowała w dłoni śpiewaka.
Ramię poruszyło się, zabierając razem z sobą dłoń trzymającą monetę, która po chwili wylądowała w kieszeni śpiewaka.
Bez słów, bez uśmiechu, bard zaczął grę.

*

Teraz!
Echo kroków trzynastu paladynów niosło się po rozległych, zamkowych korytarzach.
Pierwszy z nich popchnął drewniane, zdobione srebrem drzwi.
Luźnie szaty, które mieli na sobie, szeleściły przy każdym kroku, a sygnety, naszyjniki i medaliony odbijały wątłe światło świecy.
Na stole w centrum sali stało niewielkie naczynie.
Szklana misa.
O jej dno opierały się nogi skromnego posążku, cały wykonany z lodu. W jego piersi zamrożone, srebrne serce.
- W czym rzecz, bracie?
Drzwi pozostawały otwarte, wpuszczając do sali cieplejsze powietrze. Wobec przyjemnego, otrzeźwiającego chłodu, wydało się odorem.
- Nie zamykaj ich, bracie.
Paladyn cofnął się, stanął razem z innymi przy dębowym stole.
- Królowa.
Jeden z najstarszych paladynów spojrzał w oczy mówcy. Blizny na jego twarzy zadrgały, kiedy wargi układały się w uśmiech. Siwe, zwichrzone włosy pozostawały w nieładzie.
- Szybko nam podupadła matka narodu.
Lodowa figurka wydała się żywa, kiedy światło ze świec zawieszonego przed drzwiami prowadzącymi do sali kandelabru, ruszając w ślad za płomieniem, rozrzuciło cienie w nieład.
W oku jednego z rycerzy zagrała łza. W ślad za nią, kropla wody z topniejącego posągu, uderzyła o dno misy.
- I czym że zawiniła nasza monarszymi?
Stary paladyn otarł łzę z policzka brata i upuścił ją na posążek.
- A czymże, skoro nie magią?
Rycerz rozpoczynający rozmowę odezwał się ponownie.
- Magia. Klątwa.
Pustka i pęd. Otchłań pełna bólu. Kakofonia myśli przebijała się nad sklepienie woli.
- Ufamy ci bracie.
Mówca lekko ugiął się. Oparł dłonie na dębowym stole.
- To dobrze, bo ja nie ufam sobie.
Stary paladyn popchnął drzwi prowadzące na zamkowy korytarz.
Wychodząc, obejrzał się.
- Inkwizycja. Wyrok wydany.
Płaczący rycerz przytaknął.
- Walczmy tak, byśmy nie musieli uciekać.

*
Wieżyce zamku pięły się wysoko ponad horyzont, a ich ciemne okiennice, lekko odstając od reszty budynku, zdawały się łapać każdy podmuch wiatru próbujący dostać się do środka cytadeli.
Trzynastu paladynów spokojnie czekało przed wierzejami zamczyska.
- Tak, żeby nikt nie musiał uciekać.
Wszyscy wyciągnęli miecze.
Ostrza lekko zgrzytały przy wyciąganiu ze skórzanych pochew.
- Królowa wie. Czeka.
Najstarszy przytknął do ust bawoli róg, wyżłobiony tak, by można było w niego dąć.
Potężny huk niósł się daleko, przez pobliskie równiny.
- Z honorem królowo! Z honorem!
Wrota!
Paladyni czekali. Jeden z nich odwrócił się. Pachołkowie stali gotowi. Na ziemi, u ich stóp leżał mocny, obity stalą na końcach, kawał dębowego pnia..
Czekam…
Płaczący paladyn skinął na pachołków.
Taran był już w górze.
Twarde, okute buty bezładnie odbijały się od żwirowej ścieżki. Mięśnie drgały na silnych ciałach.
Łoskot, huk niósł się daleko. Zawiasy głucho dzwoniły.
Zmęczone, spocone ciała uniosły taran, który po uderzeniu, opadł na ziemię.
Buty raz jeszcze rozsuwały żwir.
Huk.
Zatrzask pękł.
- Walczcie tak, żebyśmy nie musieli uciekać.
Miecze połyskiwały w promieniach słońca.

*

Szeroki korytarz cytadeli zdawał się nie mieć końca. Pochodnie, kandelabry, świece, zimne wilgotne ściany.
Wszędobylskie echo.
Lekki wiatr dął ze strony rozbitych wrót.
Miecz uderzył o posadzkę. Szalone echo, powieliło dźwięk opadającej broni.
Jeden z palladów, na poły zły i zawstydzony podniósł ostrze i lekko natarł zbolałe ramię, zmęczone noszeniem żelastwa.
Cisza wydawała się dudnić. Było jej zbyt wiele. Milczenie jest rzeczą piękną, ale cisza przeraża.
Najstarszy z paladynów przystanął. Zatrzymał innych, zagradzając im drogę dłonią. Wszyscy posłusznie zatrzymali się i czekali rozglądając się wkoło.
Wilgotne oczy krążyły, kolejna łza opadła z twarzy płaczącego rycerza.
„Za dawne czasy”
Stary zdjął ze ściany pochodnię i cisnął ją w głąb korytarza tak mocno, jak tylko mógł.
Stare, silne ramię.
Płomień szalał, lekko przygasał, o znów palił się w pełni swej siły. Zawieszony na mocnym łuczywie, posuwał się w głąb korytarzy.
Stary spokojnie patrzył.
Szalejące światło obijało się o pełne wilgoci mury.
Krzyk.
W głębi korytarza, zza załomu ściany, wyglądała dygocąca dłoń.
Stary uśmiechnął się.
Inni uprzedzili go. Ciężkie kroki burzyły ciszę. Raz po raz, noga stawiana na posadzce przyciągała ciało bliżej.
- Cholera.
Płaczący paladyn przykucnął przy człowieku, o którego zawadziła pochodnia. Na jego ramieniu zostały tylko niewielkie ślady po burzliwym płomieniu. Padł na posadzkę z przestrachu, nie z bólu.
W miejscu oczu miał tylko dwie, czerwone od krwi bruzdy.
Dłonie raz po raz zaczepiał w złączeniach płyt posadzki. Nogi podkurczał i prostował, starając się odepchnąć od wyimaginowanej przeszkody.
- Grajek?
Jeden z rycerzy ujął dłonią twarz ślepca.
- Bard. Płaciłem mu za grę.
Marnie.
- Cholera.
Stary poprowadził resztę w głąb korytarzy.
Płaczący paladyn uronił kolejną łzę.
Zdobione srebrem dni…

*

Spiżowe wrota.
Wszyscy stali wokół potężnych drzwi.
Nagie, połyskliwe miecze, o rękojeściach owiązanych skórzanymi rzemieniami już od dłuższego czasu spoczywały w silnych ramionach paladynów.
- Sala tronowa, bracia.
Stary paladyn oparł dłoń na wrotach, sprawdzając tym samym, czy ma szansę je otworzyć.
Nie były zaryglowane.
Lekko uchyliły się, a mocne, stalowe, zadbane zawiasy nie wydały żadnego dźwięku, zgrzytu, czy jakiegokolwiek znaku, że ogromne wrota poruszyły się.
- Ławą. Bójcie się magii!
Kolejna łza opadła na posadzkę, w locie obijając się o mocną, skórzaną rękawicę. Oczy płaczącego paladyna były szkliste, ale emanowała od nich duma, siła i pewność siebie.
Jeden z paladynów spojrzał w oczy kolejno każdemu braci, licząc na jawną oznakę wsparcia, duchowej pomocy, ze strony paladynów.
Popchnął drzwi.

*

Puste, niczym nie przyozdobione, wysokie ściany i potężne sklepienie, przytłaczały swym ogromem, a wątłe szalejące światła świec, zmuszające cienie do biegu, manipulowały dowolnie gęstymi masami ciemności tak, by cała sceneria przypominała swym wyrazem swoiste piękno.
Tron.
Olbrzymie siedzisko wykonane ze stali i żelaza; z oparcia, od zewnętrznej strony pełnego stylizowanych na brzytwy i ostrza, kawałków metali, a od strony siedzącego miękkiego i obitego skórą, emanowało siłą, mocą i pewnością co do nienaruszalności władzy.
Królowa siedząca na tym pełnym bólu tronie, była ubrana w bordową, prosto skleconą, jedwabną suknię, której jedynymi ozdobami były dwa pstre pióropusze osadzone na ramionach monarszymi.
Twarz stara, pełna zmarszczek i plam, przyciągała wzrok dzięki jasnobrązowym, pełnym werwy i siły oczom, dla których wielu ludzi zaprzedałoby duszę.
Włosy, suche, siwe, zadbane, niemalże o metalicznym połysku, spokojnie leżały na ramionach władczyni.
- Mosty spalone, wiedźmo!
Paladyni byli gotowi. Stali naprzeciw królowej, ramię w ramię, pewnie trzymając uniesione miecze. Monarszymi spojrzała w oczy najstarszemu z nich.
Paladyn uśmiechnął się.
- Bez eskorty, matko narodu?
Królowa zerwała się z tronu. Pewna siebie, wciąż krzepka. Uniosła dłonie. Jej suknia zaczęła łopotać w szalejącym wichrze, który zerwał się wraz z jej gestem.
Cisza sali została zmącona.
Paladyni nie czekali.
Podkute buty szybko uderzały o posadzkę. Uniesione miecze, odbijały od siebie światło płomieni świec.
Stary dopadł królową jako pierwszy. Uniósł wysoko miecz. Chwycił monarszynię za warkocz i wygiął ją w tył.
Cierpka, sucha plątanina w palcach hardego paladyna.
Grdyka władczyni szalała.
- Wiedźma!
Miecz opadał.
Królowa złożyła ręce w niemalże błagalnym geście.
Potężny podmuch wiatru odrzucił od niej paladyna.
Syk.
Stary, leżąc na posadzce ściskał w dłoni pukiel włosów.
Kolejny paladyn opuścił miecz na królową.
Monarszyni nie ruszała się. Ostrza wędrowały w jej stronę.
Krzyk.
Stary paladyn leżał w kałuży krwi.
Królowa uśmiechnęła się.
Szata, ciągle szalejąca.
Płaczący paladyn sparował cios kierowany ku niemu przez jednego z braci.
Drugie pchnięcie, zza pleców, zrzuciło go z nóg.
Magia. Paladyni przeciw sobie.
Miecze szczękały w szaleńczym boju.
Monarszyni ciężko dyszała. Wygięła plecy w tył, położyła ramiona na oparciu tronu.
Żebra unosiły się i opadały. Ciężki oddech królowej.
Patrzyła na bitwę w ekstazie, szczęściu. Podnieceniu.
Tyle krwi.
Stary paladyn, ciężko dysząc, leżąc wśród zgiełku, spojrzał na sklepienie sali.
Śpiewak, ślepy, sunął nad nim, zawieszony w pustce, podżegał do boju. Nogi, wiszące bezładnie, lekko tylko poruszały się.
Królowa śmiała się. Skręcała się w ekstazie, gdy bard odgrywał melodię.
- Tyle krwi!

*

Sama jedna, siedząc na tronie patrzyła na ciała zalane krwią i grajka przywołanego z zamkowych korytarzy.
Tyle krwi.
Trzynaście ciał.
Królowa przymknęła oczy, a ciężkie powieki przysłoniły jej starcze źrenice.
Już spokojnie.
Trzynaście ciał, trzynastu chwalebnych.
Płomienie świec drgały, zostawiały swe refleksy na kroplach krwi rozrzuconych po posadzce.
Sen, błogi sen.
Monarszyni usiadła na żelaznym tronie. Ramiona oparła na zdobionych oparciach.
Sen, błogi sen. Zamknąć oczy, śnić.
Ciemne sklepienie owijało wszystkie ciała czernią. Ściany zatrzymywały refleksy świec.
Krzyk.
Królowa otworzyła oczy. Czuła ciepłą krew. Spojrzała w dół.
Zobaczyła hardą, krzepką dłoń starego paladyna i pukiel jej włosów. Metalicznych włosów, uformowanych w szpikulec, twardych niby stal.
- Byłeś martwy!
Stary uśmiechnął się. Ciągle trzymał dłoń na zerwanym warkoczu. Pojedyncze włosy, zwichrzone, sterczące z pukla, kaleczyły jego dłoń.
Uśmiech nie znikał z twarzy paladyna.
I zostało dwunastu.
Nie między żywymi, a martwymi.
- W jaki sposób, paladynie…
- A duszę dla królestwa!


KONIEC
Louner
 
Posty: 56
Dołączył: 12 paź 2005, 11:11
Lokalizacja: Z miejsca, gdzie cisza jest przywilejem...

Postprzez Jok » 21 paź 2005, 20:30

No to mi przypadl zaszczyt jako pierwszemu skomentowania tego dziela.
Powiem tak- fabularnie dobrze, nawet bardzo dobrze, ale popracuj nad stylem. Krotkie zdania sa dobre jak chcesz zbudowac nastroj pelen napiecia i dynamizmu, ale jak za duzo to niezdrowo- tylko to zmien, a bedzie niezle ;)
I need someone to show me the things in life that I can't find
I can't see the things that make true happiness, I must be blind
Avatar użytkownika
Jok
 
Posty: 3875
Dołączył: 19 kwi 2004, 12:36
Lokalizacja: Otchłań

Postprzez Wiedźma » 23 paź 2005, 10:46

No to Joku Ci posłodził, więc teraz ja znowu porobię za tą złą i się trochę poznęcam.

Zacznę od kwestii czysto formalnych:

-> popracuj odrobinę nad interpunkcją. Chodzi mi konkretnie o przecinki fonetyczne, które wrzuca się tam, gdzie odech się kończy, a także przy wtrąceniach. Np. "[...] pozdrawiali barda , wykrzykując radosne słowa podzięki i liczne pochlebstwa ".
-> Przyczepię się do czegoś, czego sama nadużywam. Za bardzo rozczłonkowujesz opowieść. Rozdzielasz kolejne partie tekstu, czasami również tam, gdzie jest to niewskazane. To opowiadanie ma ciągłą fabułę. Nadużywając gwiazdek ( * ) sprawiasz wrażenie, jakbyś nie potrafił zgrabnie połączyć tych fragmentów i w ten sposób się posiłkował. Patrząc na całość stylu raczej w to wątpię. Mała rzecz, a szpeci.
-> unikaj powtórzeń. W trzech linijkach pod rząd trzy razy pojawia się słowo "paladyn". Wiesz, o czym to świadczy? Podpowiem - o Twoim niechlujstwie. Jakoś nie wierzę, że to ułomność stylu. Raczej, IMO, nie przyłożyłeś się do korekty.

Teraz parę rzeczy całkowicie subiektywnych, które jednym się podobają, a innym nie. Ja neleżę do tej drugiej kategorii:

-> za bardzo patetyczny styl. Twoi bohaterowie są zupełnie nierealni. Ja w nich nie wierzę, a co za tym idzie - nigdy nie przejmę się ich losami. Konkluzja - zła budowa portretu psychologicznego bohatera.
< zaraz pewnie usłyszę, że w tego typu opowiadaniach nie chodzi o pokazanie motywacji, charakteru i czegoś tam jeszcze. Uprzedzę ewentualne zarzuty: dla mnie proza bez wyraźnych postaci jest złą prozą. Wielu ludziom się to podoba - patrz: popularność chociażby Salwatore`a, ale ja jestem przekleństwem pisarzy - wymagającym czytelnikiem :wink: >.
-> Trochę brakuje mi przyczyn takiego, a nie innego zachowania bohaterów. Całośc sprawia wrażenie niedopracowanego. Zupełnie, jakbyś zapomniał dopisać coś, co Ty masz w głowie, a czytelnik się musi dmyślić.

Reasumujac:

Żeby nie skłamać, będę brutalna i powiem, że mi się nie podobało. Gwoli sprawiedliwości, muszę przyznać, że piszesz lepiej niż wiele osób, których teksty zdarzyło mi się czytać. Niemniej jednak, do perfekcji jeszcze daleka i kręta droga. Chociaż może nie jestem całkiem kompetentna do wypowiadania się o tego typu opowieściach. Zwyczajnie jestem uprzedzona do kolejnych tekstów, gdzie dzielni paladyni... albo grupa poszukiwaczy przygód... myślę, że wiesz, o co mi chodzi :wink: . Zwyczajnie za dużo takich tekstów powstaje, a w rzeczywistości jeden od drugiego się prawie nie różni. Sad, but true. True.

Pisz dużo. Dużo czytaj. BTW, jestem ciekawa, jakbyś sobie poradził z opowiadaniem o innej tematyce. Może napiszesz coś takiego? :)
Pozdrawiam serdecznie,
Wiedźma
"Lecz czemu jesteś samotny? I czemu nie zbiegło z Tobą całe piekło? Czyżby ból ich był mniejszy, mniej godny ucieczki? Lub mniej odporny jesteś niźli oni?"

Pamiętaj: każdy popełniony błąd ortograficzny zwiększa prawdopodobieństwo wiedźmofobii!
Avatar użytkownika
Wiedźma
 
Posty: 5475
Dołączył: 27 cze 2004, 19:52
Lokalizacja: Inferno / Kraków /

Postprzez Jok » 23 paź 2005, 11:35

miła wiedzma napisał(a):Pozdrawiam serdecznie,

i to zburzyło mit wrednej wiedzmy
I need someone to show me the things in life that I can't find
I can't see the things that make true happiness, I must be blind
Avatar użytkownika
Jok
 
Posty: 3875
Dołączył: 19 kwi 2004, 12:36
Lokalizacja: Otchłań

Postprzez Wiedźma » 23 paź 2005, 14:51

Jok napisał(a):i to zburzyło mit wrednej wiedzmy

No przecież musiałam dodać trochę miodu do herbatki, bo by była tak gorzka, że nie do wypicia :wink: .
Ty, to może ja już wogólę zostanę miła i dobra? Jak myślisz, ile wytrzymam? :twisted: - wytrzymasz bos ambitna
Potraktuje to jako komplement :P. Właśnie znajomi rozwalili moje postanowienie, wmawiając mi, że i tak mi się nie uda. Tak więc... przez trzy dni byłam miła < jeden kiedy realnie byłam i dwa, jak nie zaglądałam na forum ^_^ >. i dasz sobie to wmowic? phi slaby umysl
To nie jest kwestia wmawiania czegokolwiek. Zwyczajnie ja wcale nie chcę być do końca dobra. Ale to ich uspokaja, jeśli co jakiś czas sprawiam wrażenie lepszej. Czują się bezpiecziejsi :twisted:
Ostatnio edytowano 26 paź 2005, 17:23 przez Wiedźma, łącznie edytowano 1 raz
"Lecz czemu jesteś samotny? I czemu nie zbiegło z Tobą całe piekło? Czyżby ból ich był mniejszy, mniej godny ucieczki? Lub mniej odporny jesteś niźli oni?"

Pamiętaj: każdy popełniony błąd ortograficzny zwiększa prawdopodobieństwo wiedźmofobii!
Avatar użytkownika
Wiedźma
 
Posty: 5475
Dołączył: 27 cze 2004, 19:52
Lokalizacja: Inferno / Kraków /

Postprzez Rybson » 25 paź 2005, 20:49

Jako ze jest to jedyny taki temat na forum, wiec i ja wrzuce tu swoją twórczość... niech strace :) zeby nie bylo - to jest sam, samiutki początek, ale chce wiedzieć czy spotkam się z aprobatą czytelników :) jak widze, we wklejanym texcie nie mozna miec akapitów.... kibel :/ no nic, poszukajcie ich sami :P


O Leonardzie.

***

Prolog:
Prawie każdy z bohaterów miał jakąś cechę, która by go wyróżniała. Im osobowość prostsza, tym cecha ta była widoczna lepiej – w przypadku postaci głębszych, ciężej było ją dostrzec. Zawsze jednak istniała: jeden był lojalny, inny punktualny. Ten potrafił opowiadać anegdoty pasujące do każdej sytuacji, a tamten był za to nad wyraz silny i jednocześnie głupi (zaskakująco częste połączenie). Bohater A był wrażliwy na piękno przyrody, B znał sztuki walki, a C był niesamowitym wirtuozem, i nikt nie zapominał jego wspaniałych koncertów na gitarze (czy też perkusji, fortepianie, puzonie, tudzież na trójkącie – niepotrzebne skreślić). Wszystkich ich łączyło to, że posiadali cechę, przez co łatwiej było ich zapamiętać, dzięki niej wyróżniali się z szarego tłumu. To ona opisywała ich odmienność i szczególność.
On nie posiadał cechy.
Był prosty, nie na tyle jednak, by nazwać go prostakiem. Punktualny, lojalny, odważny i dowcipny był tylko czasem. Gotował, grał, pisał i rzeźbił średnio. Nie był ani gruby, ani chudy, ani silny ani słaby. Był średniego wzrostu, a jego włosy były zwyczajne – brązowe, krótkie, ani zniszczone, ani zadbane. We wszystkim był średni. Nijaki.
Ona była inna.
Gdy tak obserwował ją, stojąc ukryty pomiędzy drzewami, dochodził do wniosku, że jest ona najcudowniejszą istotą, jaką widział. Jej ruchy, delikatne jak uderzenia skrzydeł motyla, były pełne gracji i perfekcji. Na oświetlonej księżycem polanie wyglądała niczym zjawa, najpiękniejsza widmo świata. Tańczyła, chociaż jedyną muzyką było sporadyczne pohukiwanie sowy, ukrytej gdzieś w leśnej gęstwinie, oraz dobiegający zewsząd rechot żab. Co noc przychodziła na ukrytą łączkę, by wykonać swój taniec, a on co noc chował się wśród drzew, obserwując ją.
Zawsze samotny i nie do końca szczęśliwy, którejś nocy, szwendając się bez celu po bezdrożach, odkrył tą polanę z tą przecudną istotą. Od tamtej pory przychodził tu regularnie, chociaż potem w dzień był zaspany. Wydawał się być nieobecny nie tylko z powodu zmęczenia – jego serce raz za razem wracało na łąkę i odtańczało wraz z dziewczyną baśniowy, wspaniały taniec.
Wiedział, że nie będzie jej podglądać w nieskończoność. Wybrał jedną z piękniejszych nocy, podczas której polana była skąpana w księżycowej poświacie. Opuścił swą kryjówkę, i powoli ruszył w kierunku wciąż tańczącej dziewczyny. Czuł, że samą swoją obecnością psuje coś pięknego, niczym piracki statek zbliżający się pod osłoną nocy do kupieckiej galery, by plądrować, gwałcić, palić i zabijać. Wyjątkowo szybkie uderzenia serca i pulsowanie krwi w skroniach zagłuszyły rechot żab. Szedł powoli, niepewnie, niczym skazaniec na szafot, ale duszę miał przepełnioną radością. Nie wiedział, co zamierza zrobić, ale coś zrobić musiał. Samo przełamanie letargu impasu dodawało mu sił.
Zatrzymał się kilka kroków od cudownej istoty, a ona wciąż poruszała się z gracją. Oczy, lekko skośne, orientalne, miała przymknięte. Opadające do ramion brązowe włosy, falowały w rytm jej ruchów. Złączyła dłonie na wyciągniętych rękach nad głową, wykonała zgrabny piruet, po czym skłoniła się delikatnie, a jej usta przyozdobił śliczny uśmiech.
- Witaj, nieznajomy. – powiedziała. Jej głos był czysty, uwodzący i jednocześnie pełen skromności, niczym głos Syreny. Pragnął, by mówiła więcej. – Czekałam, aż w końcu ośmielisz się wyjść do mnie. No, nie rób takiej zdziwionej miny, wiem, że obserwujesz mnie od dłuższego czasu, bo nie dość, że chowałeś się o tam, za tamtym drzewem, to i łasicą nie jesteś, i robisz masę hałasu.
Jej słowa kompletnie zbiły go z pantałyku. Myślał o tej rozmowie wielokrotnie, i w wyobrażeniach tych pełna ona była ochów i achów, zwrotów w stylu „moja pani” i porównań jej wyglądu do różnych ładnych rzeczy. Wziął głęboki oddech, aby móc powiedzieć wiele bez przerywania, i mimo wszystko spróbował skierować rozmowę na tory ze scenariusza swoich wyobrażeń:
- Moja Pani! – na razie szło dobrze – Gdy ujrzałem Cię po raz pierwszy, zostałem kompletnie porażony twym pięknem! Twa skóra, niczym muskany księżycowym blaskiem jedwab, i twoje oczy, jakoby dwa brylanty…
- Och! – przerwała mu. No, przynajmniej doczekał się jakiegoś westchnienia – Komplemenciarz z ciebie słodziutki. – jej uśmiech po raz kolejny ściągnął go na ziemię.- Co ty właściwie chcesz mi powiedzieć? – rysy twarzy, dostojne, wręcz królewskie, przybrały przebiegły wyraz. Delikatnie uniosła lewą brew. Sympatyczny uśmiech wciąż nie schodził jej z ust.
- Pani… eee… Twoje… nie… chciałbym … - zaczął się jąkać, i opuścił wzrok, nie móc dłużej znieść jej wesołego spojrzenia. Jego oczy napotkały na parę stópek, bosych, najidealniejszych, jakie w życiu widział. Naraz zalała go fala beznadziejności, strachu, poniżenia i rozpaczy. Ciężko westchnął. Jego wzrok nachwalę spoczął na własnych, również bosych stopach. Na pewno nie były idealne, a krzywo poobcinane paznokcie i sieć żył, przypominająca deltę jakiejś ogromnej rzeki, stanowiły tylko czubek góry lodowej ich niedoskonałości.
- Widzę, że nie należysz do gadatliwych typów. – powiedziała dziewczyna opierając brodę na dłoni – Powiedz, czego chcesz?
Tak, to był ten moment. Jeśli wszystko powie jak trzeba, będzie dobrze. Jeśli nie da rady, a z jego ust popłynie bezsensowny słowotok, albo – o zgrozo! – coś, co mogłoby ją urazić, skrzywdzić lub przestraszyć… Na razie wolał myśleć pozytywnie. Zamknął oczy, i po raz kolejny wziął głęboki oddech. Gdy je otworzył, zobaczył, że stoi przed nim, przygryzając dolną wargę. Ręce miała złożone za plecami, stópką wierciła w ziemi i świdrowała go swoimi ślicznymi, przenikliwymi oczkami.
- Chciałbym z tobą przetańczyć całe moje życie, o bogini mojego serca. – jego własne słowa docierały do niego z daleka, jakby przez ścianę. Świat na chwilę zamarł. Długie, naprawdę długie wstrzymanie oddechu.
- Życie powiadasz… - odpowiedziała lekko zamyślona. Była najlepszym dziełem Stwórcy, resztę stworzył chyba tylko od niechcenia. – No cóż… Przynajmniej nie próbujesz wciskać mi jakiś głupot, cieszy mnie to. Jednak, abyś mógł być tu ze mną, abyśmy oboje mogli być szczęśliwi… - zamyśliła się na chwilę, wydymając dolną wargę - …musisz mieć czyste serce i dać mi szczerą miłość. Bez tego ani rusz, mój drogi. – znowu się uśmiechnęła i zatrzepotała filuternie rzęsami. Zobaczył je mimo panujących ciemności. Ach, jakie były piękne!
Ma mieć czyste serce i dać szczerą miłość. Dwa warunki. Dobrze więc, niech tak się stanie!
- Pani – powiedział całkiem trzeźwo – Dostarczę ci to, o co prosisz, bo chce, abyś była szczęśliwa. Zarówno serce, jak i miłość ofiaruję ci. Zdobędę je, wrócę tu i je otrzymasz. Będziemy tańczyć razem. Obiecuje.
Z tymi słowami, pewny swej misji, odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem odmaszerował z powrotem w ciemny las.

1***

Księżyc, który powoli i majestatycznie wyłaniał się tego wieczora zza horyzontu, miał barwę zleżałej pomarańczy, a przynajmniej zdawał się mieć takową. Na niebie, niczym diody jakiejś ogromnej maszyny, jedna po drugiej zapalały się gwiazdy. Jak okiem sięgnąć nie było widać żadnej chmury. Jedynie przy samej ziemi widoczność była lekko ograniczona przez unoszącą się nad podłożem cienistą mgłę. Pomimo, że przymrozek jeszcze nie skuł gruntów swym zimnym oddechem, na ulicach miasta ciężko było znaleźć kogoś żywego, zdrowego i w pełni rozumu. Małe grupki ludzi w ciszy przemykały uliczkami, by zaraz po wejściu do domu zamknąć na głucho drzwi oraz wszystkie okiennice i skulić się wraz z resztą domowników gdzieś w bezpiecznym miejscu, na przykład pod stołem. Niektórzy na drzwiach malowali święte symbole, oblewali je krwią bądź przybijali podkowy; wysypywali ceglany pył, modlili się i czynili znaki mające chronić przed złymi duchami. Gdy księżyc podniósł swe okrągłe cielsko wyżej, z pomarańczy przybrał barwę krwistej czerwieni.
Nie było jednak nikogo, kto mógłby tę zmianę zauważyć.
Nikt nie był na tyle głupi, aby w noc taką jak ta, wędrować po ulicach. Upiorną noc. Złą noc. Noc umarłych, którzy wstają z grobów i dosięgają swoich byłych prześladowców. Noc, w która wampiry wyruszają na żer, a z oddali dobiega wycie i skomlenie ludzi-wilków.
To była noc z gatunku tych, w które starzy ludzie umierają bez powodów, dzieci są porywane z kołysek i znikają na zawsze, a jedynym pozostawionym po porywaczach śladem jest otwarte okno i trzepoczące w nim w przeciągu zasłonki. Nawet, jeśli pokój dziecka znajdował się na wysokim piętrze. Bo ten, kto przyjdzie nieproszony do twojego domu, nie będzie ani Świętym Mikołajem, ani Wróżką Zębuszką. Będzie demonem. Albo samym diabłem.
Ludzie opowiadają później różne historie. Że wcale nie chowali się pod łóżkami, bojąc się, niczym siedmiolatek, który właśnie stłukł ulubiony wazon matki. Co to , to nie! Oni stali na ulicy z widłami i pochodniami, czekając na przeznaczenie, nadchodzące we mgle. No, może nie oni, ale ich znajomi. W zasadzie to znajomi ich znajomych. A tak między Bogiem a prawdą to znajomi ich znajomych słyszeli o takich ludziach… Ot, jak zwykle. Ludzie lubią gadać, szczególnie przy piwie.
Ale wszyscy, zgodnie i przestrachem, wspominają z tych nocy kroki. Wszyscy, nawet poukrywani w piwnicach, słyszeli je, ciężkie, wolne, jednostajne i przyprawiające o utratę zmysłów, rozlegające się na pustych ulicach. Krok za krokiem, ciche uderzenie podbitej podeszwy brzmiało w ich uszach i umysłach potworną kakofonią. Nie wspominali o nich nikomu, nie rozmawiali o nich nawet między sobą.
Ale one tam były, rozbrzmiewały, wyciskając ludziom łzy z oczu..
I każdej nocy były głośniejsze.

2***

Trakt zdawał się ciągnąć bez końca. Był dobrze utrzymany (czasem spod warstwy naniesionej ziemi wyglądał czarny, asfaltowy fragment), porządny i wydawał się często uczęszczany, ale młodzieniec, od czasu, gdy na niego wjechał, a było to zgoła dwa dni temu, nie spotkał na nim ani żywej duszy. Więcej – po niebie nie krążyły ptaki, a po otaczających drogę polach nie przechadzały się sarny czy jelenie. Nawet owady, mogłoby się zdawać, wzięły sobie wolne. Na całym ciele miał wręcz setki ukąszeń komarów, z tym, że najnowsze zdawały się mieć co najmniej dwa dni. Żadnych komarów, ani jednego. Żadnych os, pszczół, pająków i świerszczy. Żab, węży, jaszczurek. Od dwóch dni nie widział nawet jednego zapchlonego jeża! Jedynymi żywymi istotami w promieni wielu mil zdawał się być on i jego wierny, ciągnący wóz, kucyk.
On, młodzieniec, czyli Leonard. Ludzie wołali na niego Leo, a ostatnimi czasy, coraz częściej mówili o nim jako o „Szalonym Leo”. Oczywiście nie bezpośrednio, ale za plecami. Bolało go to, ponieważ od razu rozgryzł tą bandę dwulicowców.
Jego kuc był koloru kompletnie szarego, i zdawało się, że gdyby stanął przed białą, porządnie zakurzoną ścianą, mógłby stać się niewidoczny. Niestety, poza tym skromnym przypadkiem, ciężko byłoby go nie dostrzec. Był bardzo masywny – nie tyle, co wyrośnięty i umięśniony od ciężkiej pracy przez całe dotychczasowe życie, co raczej przejedzony i gruby od stania w miejscu i zjadania zbyt dużych posiłków. Ten drugi opis pasował zresztą do niego jak ulał. Nie bez powodu nosił zgrabne imię Pulpet.
Pulpet był bardzo inteligentny, jak na kuca. Nie prowadził dysput na teologiczne tematy (przecież nie mówił) ani nie grał w szachy (prędzej zjadłby figury), ale Leo do prowadzenia go przez gościńce nie potrzebował bata, ani nawet lejc. Mówił – Skręć w prawo. – i kuc skręcał w prawo, mówił – Skręć w lewo. – i po chwili jego polecenie było wykonywane. Czasem, gdy nie zatrzymywał się, kiedy go o to prosił, Leo musiał kopnąć go w tyłek. Ale tylko czasem. Zazwyczaj kuc stawał, ruszał i przyspieszał na jego polecenie. Chłopak uznawał zwierze za niemający równych cud i ewenement, i w gruncie rzeczy nie wiele rozmijał się z prawdą.
Wóz, na którym znajdował się cały dobytek dwójki wędrowców, przypominał trumnę bez wieka dla kogoś wysokiego i szerokiego w barkach, do której ktoś dla żartu przyczepił dwa duże, drewniane koła. Z tyłu zwisały z niego dwie beczułki wody i dwa worki z paszą. Pod przykrywającym skrzynię kocem znajdował się wypchany ubraniami plecak, służący za śpiwór gruby wełniany worek, kostka szarego mydła, stara latarka, rzeźnicki tasak, wędka z osprzętem, dwa rondle, przyprawy i resztka prowiantu. Jeśli oczywiście pszenne suchary i wysuszone kawałki przesolonego mięsa, pamiętające poprzednią zimę, i smakujące jak podeszwa od buta, można było nazwać prowiantem. Jeszcze przed wjazdem na ten wymarły trakt upolował zająca i przynajmniej raz porządnie się najadł. Od dwóch dni pożywiał się tylko tymi resztkami, które mu zostały, i na dodatek powoli mu się kończyły.
Największe skarby Lec były ukryte pod podwójnym dnem wozu, przykryte deską, odizolowane od wilgoci suchymi szmatkami. Przypadkiem wydobył je kiedyś z opuszczonych koszar wojskowych. Stanowiły jego gwarancję na pewną bezpieczną przyszłość. Do tej pory używał ich tylko sporadycznie, i nigdy nie przeciwko człowiekowi. Wiedział, jak działają, ze znalezionych wraz z nimi instrukcji i tablic wiedział.
Osiem bezodrzutowych, samoprzeładowujących się strzelb z komorami na dwanaście naboi (i 214 sztuk amunicji w zielonych, kartonowych pudełkach). Dwa jednoręczne, szybkostrzelne karabinki i sześć pasujących do nich, prostych magazynków po trzydzieści naboi. Cztery wyglądające jak małe, czarne ananasy, granaty odłamkowe. Trzy kilogramy plastyku wraz z zapalnikami. Kamizelka kuloodporna.
- Stój Pulpet. Prrr. – powiedział w pewnym momencie. Kuc posłusznie zatrzymał się, zastrzygł uszami i zarżał. Leo zeskoczył z kozła (pośladki, od wielogodzinnego siedzenia na twardym, były dwoma ośrodkami tępego bólu), podszedł do skraju drogi i zaczął sikać. Gwizdał przy okazji jakąś prostą melodię i bujał się, przechylając ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem. Ubrany był w brązowe, szerokie sztruksowe spodnie (które trzymały się jego pasa tylko dzięki skórzanemu paskowi), przeszywnicę, wełnianą bluzę, niegdyś koloru białego, teraz szarą, zupełnie jak Pulpet, oraz brązową, skórzaną, wiązaną rzemykami kamizelkę. Głowę przyozdabiał mu kapelusik ze zwężającym się na przedzie daszkiem. Obraz ten uzupełniało zawadiacko wetknięte w kapelusz kolorowe piórko. Skończył, wrócił do wozu i zgrabnie na niego wskoczył.
- Jedź Pulpet, jedź. – powiedział niezbyt głośno, jakby od niechcenia, i w jego glosie dało się słyszeć nutę rozgoryczenia. – Jeszcze parę dni i dotrzemy do tej wiochy, na pewno. – pocieszał kuca, sam nie był jednak przekonany co do prawdziwości własnych słów – Koniec ze spaniem przy drodze i z zamarzającą rosą. I koniec z tym cholernym, syfiastym żarciem!
Tej nocy rozbili obóz kilkanaście metrów od drogi, tuż przy wielkim, zwalonym przez wichurę lub uderzenie pioruna drzewie.. Chłopak obliczył, że tylko dziś przejechał mniej więcej dwadzieścia dwa kilometry, czyli od wjazdu na trakt, przez te kilka dni, przebył ich około stu. Wymarła droga miała mieć ich tylko pięćdziesiąt. Dziwne.
Leo rozpalił małe ognisko, które tylko po części spełniło jego wymagania odnośnie koniecznej do szczęśliwej egzystencji temperatury. Zjadł na zimno kilka pasków mięsa, nakarmił Pulpeta (kuc wciągnął prawie pół worka owsa!), po czym zawinął się w swój worko-śpiwór. Zasnął już po kilku minutach, pomimo dość mocno odczuwalnego zimna.
Zimny podmuch wiatru, mimo tego, że wywołał na całym jego ciele gęsią skórkę, nie obudził go. Zmienił jego sny. Śniąca mu się dziewczyna, wybranka serca, umarła na jego oczach, przeobrażając się w maszkarę z ziejącymi pustką oczodołami. Z bezzębnych ust ciekła jej krew zmieszana z ropą. Długimi, ostrymi pazurami raz za razem rozdzierała jego ciało, a on krzyczał wniebogłosy.
Gdzieś z daleko, z bardzo daleka, dało się słyszeć przeciągłe wycie wilka. Albo czegoś - lub kogoś - o wiele gorszego.
Bronie D&D - zawodowo. Ot, jakby ktoś nie wiedział :)

Dobry smok to martwy smok.
STZJ - Stowarzyszenie Tępienia Złych Jaszczurów

(\/)
(O.o)
(> <) This is Bunny.
Copy Bunny into your signature to help him on his way to world domination.
Avatar użytkownika
Rybson
 
Posty: 570
Dołączył: 20 lut 2005, 01:03
Lokalizacja: Wybrzeża Bałtyku

Postprzez Louner » 3 lis 2005, 17:29

Cisza

Biegnij!
Gałęzie łamały się, cienkie, ostrze niby brzytwy liście kaleczyły ciało.
Ciemny pejzaż.
Żywa pochodnia, człowiek ugodzony płonącą strzałą. Wył, jazgotał, szarpał się.
Bezmyślnie wparował w gęsty las i twarde, wiotkie gałęzie ograniczały jego ruchy na tyle, że nie mógł zrzucić z siebie płonącej koszuli.
Łzy na jego twarzy wysychały w płomieniach.
Biegnij!
Twarda dłoń, cała we krwi, śmiało odrzucała ostre liście.
Strzępy skóry.
Wprawne oko dobierało ścieżki, przez które dało się przedrzeć.
Tu nie sięgają strzały.
Ciężki dym, czerwone ozory odgradzały drogę powrotną.
Kilt z mocnego materiału był postrzępiony. Całe łydki czerwone od krwi.
Ciernie, ból.
Bieg!
Powoli zapada ciemność. Uderza deszcz.
Gęste korony drzew, przysłaniające promienie zachodzącego słońca próbującego wedrzeć się głębiej między splątane gałęzie bujnego lasu, zdawały się okrywać całe niebo.
Dym wzbijał się znad ciężkich płomieni.
Duszące powietrze odpychało wszystko, co żywe.
Raz po raz.
Dłoń bliżej światła.
Mężczyzna obejrzał się. Oczy zduszone dymem, całe spieczone, zmuszone do wysiłku ukazały dwóch mężczyzn wybiegających zza gęstego dymu.
- Anglicy! Niech was cholera!
Szkot zerwał się do biegu.
Pamięta o płonącej koszuli.
Krew spływała mu po nadgarstkach. Skroń, rozcięta cierniowym kolcem bolała niemiłosiernie.
Słyszał, jak Anglicy przedzierają się przez gęsty las.
Nie oglądał się, biegł przez siebie.
Dym drażnił oczy.
Zgiełk za plecami wydawał się słabnąć, w miarę jak Szkot oddalał się z pola walki.
Dwóch Anglików nie ustępowało.
- Niech was cholera!
Łzy mieszały się z krwią.
Bieg.
Pamięta o płonącej koszuli.
Huk opadającego drzewa przedarł się przedarł się przez gęste powietrze oblepionego dymem lasu.
Bieg!
Płonąca koszula.
Usłysz padający deszcz!
Tyle krwi opadło ze strwożonego ciała.
Kolejne cierniowe kolce.
- Niech was cholera!
Łzę zabrał lekko wyschnięty liść.
Tyle bólu.
Anglicy nie wrócą bez jeńca.
Dym strasznie mroczy.
Pamiętaj o płonącej koszuli.
Krew, słodka krew spływająca wzdłuż warg.
Mężczyźni za plecami mają więcej sił.
Dym strasznie mroczy.
Tyle krwi.
Tyle krwi splamiło tę ziemię.
Koszula, cala w czerwieni.
Kolejny pień.
Zbyt wysoki.
Ciepłe błoto przykryło twarz Szkota.
- Niech was…

*

Dwóch mężczyzn stało wpatrując się w martwe ciało. Podarte kilty ledwo trzymały się pasa.
- Mówiłeś, że to Anglik…
Louner
 
Posty: 56
Dołączył: 12 paź 2005, 11:11
Lokalizacja: Z miejsca, gdzie cisza jest przywilejem...

Postprzez danari » 30 kwi 2007, 16:09

.
Ostatnio edytowano 9 wrz 2009, 16:17 przez danari, łącznie edytowano 1 raz
"Wielu z tych, którzy żyją, zasłużyło na śmierć. Niejeden też z tych, którzy zasłużyli na życie, umarł. Czy możesz tym umarłym zwrócić życie? (...) Nawet najmądrzejsi mędrcy nie wszystko wiedzą." Frodo, "Władca Pierścieni: Dwie Wieże"
Avatar użytkownika
danari
 
Posty: 268
Dołączył: 20 sty 2007, 12:28

Następna strona

Powrót do Książki

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: brak zalogowanych użytkowników i 3 gości

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 24 cze 2019, 22:34 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA | Forum: PHPBB
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka

cron