Jako ze jest to jedyny taki temat na forum, wiec i ja wrzuce tu swoją twórczość... niech strace

zeby nie bylo - to jest sam, samiutki początek, ale chce wiedzieć czy spotkam się z aprobatą czytelników

jak widze, we wklejanym texcie nie mozna miec akapitów.... kibel :/ no nic, poszukajcie ich sami
O Leonardzie.
***
Prolog:
Prawie każdy z bohaterów miał jakąś cechę, która by go wyróżniała. Im osobowość prostsza, tym cecha ta była widoczna lepiej – w przypadku postaci głębszych, ciężej było ją dostrzec. Zawsze jednak istniała: jeden był lojalny, inny punktualny. Ten potrafił opowiadać anegdoty pasujące do każdej sytuacji, a tamten był za to nad wyraz silny i jednocześnie głupi (zaskakująco częste połączenie). Bohater A był wrażliwy na piękno przyrody, B znał sztuki walki, a C był niesamowitym wirtuozem, i nikt nie zapominał jego wspaniałych koncertów na gitarze (czy też perkusji, fortepianie, puzonie, tudzież na trójkącie – niepotrzebne skreślić). Wszystkich ich łączyło to, że posiadali cechę, przez co łatwiej było ich zapamiętać, dzięki niej wyróżniali się z szarego tłumu. To ona opisywała ich odmienność i szczególność.
On nie posiadał cechy.
Był prosty, nie na tyle jednak, by nazwać go prostakiem. Punktualny, lojalny, odważny i dowcipny był tylko czasem. Gotował, grał, pisał i rzeźbił średnio. Nie był ani gruby, ani chudy, ani silny ani słaby. Był średniego wzrostu, a jego włosy były zwyczajne – brązowe, krótkie, ani zniszczone, ani zadbane. We wszystkim był średni. Nijaki.
Ona była inna.
Gdy tak obserwował ją, stojąc ukryty pomiędzy drzewami, dochodził do wniosku, że jest ona najcudowniejszą istotą, jaką widział. Jej ruchy, delikatne jak uderzenia skrzydeł motyla, były pełne gracji i perfekcji. Na oświetlonej księżycem polanie wyglądała niczym zjawa, najpiękniejsza widmo świata. Tańczyła, chociaż jedyną muzyką było sporadyczne pohukiwanie sowy, ukrytej gdzieś w leśnej gęstwinie, oraz dobiegający zewsząd rechot żab. Co noc przychodziła na ukrytą łączkę, by wykonać swój taniec, a on co noc chował się wśród drzew, obserwując ją.
Zawsze samotny i nie do końca szczęśliwy, którejś nocy, szwendając się bez celu po bezdrożach, odkrył tą polanę z tą przecudną istotą. Od tamtej pory przychodził tu regularnie, chociaż potem w dzień był zaspany. Wydawał się być nieobecny nie tylko z powodu zmęczenia – jego serce raz za razem wracało na łąkę i odtańczało wraz z dziewczyną baśniowy, wspaniały taniec.
Wiedział, że nie będzie jej podglądać w nieskończoność. Wybrał jedną z piękniejszych nocy, podczas której polana była skąpana w księżycowej poświacie. Opuścił swą kryjówkę, i powoli ruszył w kierunku wciąż tańczącej dziewczyny. Czuł, że samą swoją obecnością psuje coś pięknego, niczym piracki statek zbliżający się pod osłoną nocy do kupieckiej galery, by plądrować, gwałcić, palić i zabijać. Wyjątkowo szybkie uderzenia serca i pulsowanie krwi w skroniach zagłuszyły rechot żab. Szedł powoli, niepewnie, niczym skazaniec na szafot, ale duszę miał przepełnioną radością. Nie wiedział, co zamierza zrobić, ale coś zrobić musiał. Samo przełamanie letargu impasu dodawało mu sił.
Zatrzymał się kilka kroków od cudownej istoty, a ona wciąż poruszała się z gracją. Oczy, lekko skośne, orientalne, miała przymknięte. Opadające do ramion brązowe włosy, falowały w rytm jej ruchów. Złączyła dłonie na wyciągniętych rękach nad głową, wykonała zgrabny piruet, po czym skłoniła się delikatnie, a jej usta przyozdobił śliczny uśmiech.
- Witaj, nieznajomy. – powiedziała. Jej głos był czysty, uwodzący i jednocześnie pełen skromności, niczym głos Syreny. Pragnął, by mówiła więcej. – Czekałam, aż w końcu ośmielisz się wyjść do mnie. No, nie rób takiej zdziwionej miny, wiem, że obserwujesz mnie od dłuższego czasu, bo nie dość, że chowałeś się o tam, za tamtym drzewem, to i łasicą nie jesteś, i robisz masę hałasu.
Jej słowa kompletnie zbiły go z pantałyku. Myślał o tej rozmowie wielokrotnie, i w wyobrażeniach tych pełna ona była ochów i achów, zwrotów w stylu „moja pani” i porównań jej wyglądu do różnych ładnych rzeczy. Wziął głęboki oddech, aby móc powiedzieć wiele bez przerywania, i mimo wszystko spróbował skierować rozmowę na tory ze scenariusza swoich wyobrażeń:
- Moja Pani! – na razie szło dobrze – Gdy ujrzałem Cię po raz pierwszy, zostałem kompletnie porażony twym pięknem! Twa skóra, niczym muskany księżycowym blaskiem jedwab, i twoje oczy, jakoby dwa brylanty…
- Och! – przerwała mu. No, przynajmniej doczekał się jakiegoś westchnienia – Komplemenciarz z ciebie słodziutki. – jej uśmiech po raz kolejny ściągnął go na ziemię.- Co ty właściwie chcesz mi powiedzieć? – rysy twarzy, dostojne, wręcz królewskie, przybrały przebiegły wyraz. Delikatnie uniosła lewą brew. Sympatyczny uśmiech wciąż nie schodził jej z ust.
- Pani… eee… Twoje… nie… chciałbym … - zaczął się jąkać, i opuścił wzrok, nie móc dłużej znieść jej wesołego spojrzenia. Jego oczy napotkały na parę stópek, bosych, najidealniejszych, jakie w życiu widział. Naraz zalała go fala beznadziejności, strachu, poniżenia i rozpaczy. Ciężko westchnął. Jego wzrok nachwalę spoczął na własnych, również bosych stopach. Na pewno nie były idealne, a krzywo poobcinane paznokcie i sieć żył, przypominająca deltę jakiejś ogromnej rzeki, stanowiły tylko czubek góry lodowej ich niedoskonałości.
- Widzę, że nie należysz do gadatliwych typów. – powiedziała dziewczyna opierając brodę na dłoni – Powiedz, czego chcesz?
Tak, to był ten moment. Jeśli wszystko powie jak trzeba, będzie dobrze. Jeśli nie da rady, a z jego ust popłynie bezsensowny słowotok, albo – o zgrozo! – coś, co mogłoby ją urazić, skrzywdzić lub przestraszyć… Na razie wolał myśleć pozytywnie. Zamknął oczy, i po raz kolejny wziął głęboki oddech. Gdy je otworzył, zobaczył, że stoi przed nim, przygryzając dolną wargę. Ręce miała złożone za plecami, stópką wierciła w ziemi i świdrowała go swoimi ślicznymi, przenikliwymi oczkami.
- Chciałbym z tobą przetańczyć całe moje życie, o bogini mojego serca. – jego własne słowa docierały do niego z daleka, jakby przez ścianę. Świat na chwilę zamarł. Długie, naprawdę długie wstrzymanie oddechu.
- Życie powiadasz… - odpowiedziała lekko zamyślona. Była najlepszym dziełem Stwórcy, resztę stworzył chyba tylko od niechcenia. – No cóż… Przynajmniej nie próbujesz wciskać mi jakiś głupot, cieszy mnie to. Jednak, abyś mógł być tu ze mną, abyśmy oboje mogli być szczęśliwi… - zamyśliła się na chwilę, wydymając dolną wargę - …musisz mieć czyste serce i dać mi szczerą miłość. Bez tego ani rusz, mój drogi. – znowu się uśmiechnęła i zatrzepotała filuternie rzęsami. Zobaczył je mimo panujących ciemności. Ach, jakie były piękne!
Ma mieć czyste serce i dać szczerą miłość. Dwa warunki. Dobrze więc, niech tak się stanie!
- Pani – powiedział całkiem trzeźwo – Dostarczę ci to, o co prosisz, bo chce, abyś była szczęśliwa. Zarówno serce, jak i miłość ofiaruję ci. Zdobędę je, wrócę tu i je otrzymasz. Będziemy tańczyć razem. Obiecuje.
Z tymi słowami, pewny swej misji, odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem odmaszerował z powrotem w ciemny las.
1***
Księżyc, który powoli i majestatycznie wyłaniał się tego wieczora zza horyzontu, miał barwę zleżałej pomarańczy, a przynajmniej zdawał się mieć takową. Na niebie, niczym diody jakiejś ogromnej maszyny, jedna po drugiej zapalały się gwiazdy. Jak okiem sięgnąć nie było widać żadnej chmury. Jedynie przy samej ziemi widoczność była lekko ograniczona przez unoszącą się nad podłożem cienistą mgłę. Pomimo, że przymrozek jeszcze nie skuł gruntów swym zimnym oddechem, na ulicach miasta ciężko było znaleźć kogoś żywego, zdrowego i w pełni rozumu. Małe grupki ludzi w ciszy przemykały uliczkami, by zaraz po wejściu do domu zamknąć na głucho drzwi oraz wszystkie okiennice i skulić się wraz z resztą domowników gdzieś w bezpiecznym miejscu, na przykład pod stołem. Niektórzy na drzwiach malowali święte symbole, oblewali je krwią bądź przybijali podkowy; wysypywali ceglany pył, modlili się i czynili znaki mające chronić przed złymi duchami. Gdy księżyc podniósł swe okrągłe cielsko wyżej, z pomarańczy przybrał barwę krwistej czerwieni.
Nie było jednak nikogo, kto mógłby tę zmianę zauważyć.
Nikt nie był na tyle głupi, aby w noc taką jak ta, wędrować po ulicach. Upiorną noc. Złą noc. Noc umarłych, którzy wstają z grobów i dosięgają swoich byłych prześladowców. Noc, w która wampiry wyruszają na żer, a z oddali dobiega wycie i skomlenie ludzi-wilków.
To była noc z gatunku tych, w które starzy ludzie umierają bez powodów, dzieci są porywane z kołysek i znikają na zawsze, a jedynym pozostawionym po porywaczach śladem jest otwarte okno i trzepoczące w nim w przeciągu zasłonki. Nawet, jeśli pokój dziecka znajdował się na wysokim piętrze. Bo ten, kto przyjdzie nieproszony do twojego domu, nie będzie ani Świętym Mikołajem, ani Wróżką Zębuszką. Będzie demonem. Albo samym diabłem.
Ludzie opowiadają później różne historie. Że wcale nie chowali się pod łóżkami, bojąc się, niczym siedmiolatek, który właśnie stłukł ulubiony wazon matki. Co to , to nie! Oni stali na ulicy z widłami i pochodniami, czekając na przeznaczenie, nadchodzące we mgle. No, może nie oni, ale ich znajomi. W zasadzie to znajomi ich znajomych. A tak między Bogiem a prawdą to znajomi ich znajomych słyszeli o takich ludziach… Ot, jak zwykle. Ludzie lubią gadać, szczególnie przy piwie.
Ale wszyscy, zgodnie i przestrachem, wspominają z tych nocy kroki. Wszyscy, nawet poukrywani w piwnicach, słyszeli je, ciężkie, wolne, jednostajne i przyprawiające o utratę zmysłów, rozlegające się na pustych ulicach. Krok za krokiem, ciche uderzenie podbitej podeszwy brzmiało w ich uszach i umysłach potworną kakofonią. Nie wspominali o nich nikomu, nie rozmawiali o nich nawet między sobą.
Ale one tam były, rozbrzmiewały, wyciskając ludziom łzy z oczu..
I każdej nocy były głośniejsze.
2***
Trakt zdawał się ciągnąć bez końca. Był dobrze utrzymany (czasem spod warstwy naniesionej ziemi wyglądał czarny, asfaltowy fragment), porządny i wydawał się często uczęszczany, ale młodzieniec, od czasu, gdy na niego wjechał, a było to zgoła dwa dni temu, nie spotkał na nim ani żywej duszy. Więcej – po niebie nie krążyły ptaki, a po otaczających drogę polach nie przechadzały się sarny czy jelenie. Nawet owady, mogłoby się zdawać, wzięły sobie wolne. Na całym ciele miał wręcz setki ukąszeń komarów, z tym, że najnowsze zdawały się mieć co najmniej dwa dni. Żadnych komarów, ani jednego. Żadnych os, pszczół, pająków i świerszczy. Żab, węży, jaszczurek. Od dwóch dni nie widział nawet jednego zapchlonego jeża! Jedynymi żywymi istotami w promieni wielu mil zdawał się być on i jego wierny, ciągnący wóz, kucyk.
On, młodzieniec, czyli Leonard. Ludzie wołali na niego Leo, a ostatnimi czasy, coraz częściej mówili o nim jako o „Szalonym Leo”. Oczywiście nie bezpośrednio, ale za plecami. Bolało go to, ponieważ od razu rozgryzł tą bandę dwulicowców.
Jego kuc był koloru kompletnie szarego, i zdawało się, że gdyby stanął przed białą, porządnie zakurzoną ścianą, mógłby stać się niewidoczny. Niestety, poza tym skromnym przypadkiem, ciężko byłoby go nie dostrzec. Był bardzo masywny – nie tyle, co wyrośnięty i umięśniony od ciężkiej pracy przez całe dotychczasowe życie, co raczej przejedzony i gruby od stania w miejscu i zjadania zbyt dużych posiłków. Ten drugi opis pasował zresztą do niego jak ulał. Nie bez powodu nosił zgrabne imię Pulpet.
Pulpet był bardzo inteligentny, jak na kuca. Nie prowadził dysput na teologiczne tematy (przecież nie mówił) ani nie grał w szachy (prędzej zjadłby figury), ale Leo do prowadzenia go przez gościńce nie potrzebował bata, ani nawet lejc. Mówił – Skręć w prawo. – i kuc skręcał w prawo, mówił – Skręć w lewo. – i po chwili jego polecenie było wykonywane. Czasem, gdy nie zatrzymywał się, kiedy go o to prosił, Leo musiał kopnąć go w tyłek. Ale tylko czasem. Zazwyczaj kuc stawał, ruszał i przyspieszał na jego polecenie. Chłopak uznawał zwierze za niemający równych cud i ewenement, i w gruncie rzeczy nie wiele rozmijał się z prawdą.
Wóz, na którym znajdował się cały dobytek dwójki wędrowców, przypominał trumnę bez wieka dla kogoś wysokiego i szerokiego w barkach, do której ktoś dla żartu przyczepił dwa duże, drewniane koła. Z tyłu zwisały z niego dwie beczułki wody i dwa worki z paszą. Pod przykrywającym skrzynię kocem znajdował się wypchany ubraniami plecak, służący za śpiwór gruby wełniany worek, kostka szarego mydła, stara latarka, rzeźnicki tasak, wędka z osprzętem, dwa rondle, przyprawy i resztka prowiantu. Jeśli oczywiście pszenne suchary i wysuszone kawałki przesolonego mięsa, pamiętające poprzednią zimę, i smakujące jak podeszwa od buta, można było nazwać prowiantem. Jeszcze przed wjazdem na ten wymarły trakt upolował zająca i przynajmniej raz porządnie się najadł. Od dwóch dni pożywiał się tylko tymi resztkami, które mu zostały, i na dodatek powoli mu się kończyły.
Największe skarby Lec były ukryte pod podwójnym dnem wozu, przykryte deską, odizolowane od wilgoci suchymi szmatkami. Przypadkiem wydobył je kiedyś z opuszczonych koszar wojskowych. Stanowiły jego gwarancję na pewną bezpieczną przyszłość. Do tej pory używał ich tylko sporadycznie, i nigdy nie przeciwko człowiekowi. Wiedział, jak działają, ze znalezionych wraz z nimi instrukcji i tablic wiedział.
Osiem bezodrzutowych, samoprzeładowujących się strzelb z komorami na dwanaście naboi (i 214 sztuk amunicji w zielonych, kartonowych pudełkach). Dwa jednoręczne, szybkostrzelne karabinki i sześć pasujących do nich, prostych magazynków po trzydzieści naboi. Cztery wyglądające jak małe, czarne ananasy, granaty odłamkowe. Trzy kilogramy plastyku wraz z zapalnikami. Kamizelka kuloodporna.
- Stój Pulpet. Prrr. – powiedział w pewnym momencie. Kuc posłusznie zatrzymał się, zastrzygł uszami i zarżał. Leo zeskoczył z kozła (pośladki, od wielogodzinnego siedzenia na twardym, były dwoma ośrodkami tępego bólu), podszedł do skraju drogi i zaczął sikać. Gwizdał przy okazji jakąś prostą melodię i bujał się, przechylając ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem. Ubrany był w brązowe, szerokie sztruksowe spodnie (które trzymały się jego pasa tylko dzięki skórzanemu paskowi), przeszywnicę, wełnianą bluzę, niegdyś koloru białego, teraz szarą, zupełnie jak Pulpet, oraz brązową, skórzaną, wiązaną rzemykami kamizelkę. Głowę przyozdabiał mu kapelusik ze zwężającym się na przedzie daszkiem. Obraz ten uzupełniało zawadiacko wetknięte w kapelusz kolorowe piórko. Skończył, wrócił do wozu i zgrabnie na niego wskoczył.
- Jedź Pulpet, jedź. – powiedział niezbyt głośno, jakby od niechcenia, i w jego glosie dało się słyszeć nutę rozgoryczenia. – Jeszcze parę dni i dotrzemy do tej wiochy, na pewno. – pocieszał kuca, sam nie był jednak przekonany co do prawdziwości własnych słów – Koniec ze spaniem przy drodze i z zamarzającą rosą. I koniec z tym cholernym, syfiastym żarciem!
Tej nocy rozbili obóz kilkanaście metrów od drogi, tuż przy wielkim, zwalonym przez wichurę lub uderzenie pioruna drzewie.. Chłopak obliczył, że tylko dziś przejechał mniej więcej dwadzieścia dwa kilometry, czyli od wjazdu na trakt, przez te kilka dni, przebył ich około stu. Wymarła droga miała mieć ich tylko pięćdziesiąt. Dziwne.
Leo rozpalił małe ognisko, które tylko po części spełniło jego wymagania odnośnie koniecznej do szczęśliwej egzystencji temperatury. Zjadł na zimno kilka pasków mięsa, nakarmił Pulpeta (kuc wciągnął prawie pół worka owsa!), po czym zawinął się w swój worko-śpiwór. Zasnął już po kilku minutach, pomimo dość mocno odczuwalnego zimna.
Zimny podmuch wiatru, mimo tego, że wywołał na całym jego ciele gęsią skórkę, nie obudził go. Zmienił jego sny. Śniąca mu się dziewczyna, wybranka serca, umarła na jego oczach, przeobrażając się w maszkarę z ziejącymi pustką oczodołami. Z bezzębnych ust ciekła jej krew zmieszana z ropą. Długimi, ostrymi pazurami raz za razem rozdzierała jego ciało, a on krzyczał wniebogłosy.
Gdzieś z daleko, z bardzo daleka, dało się słyszeć przeciągłe wycie wilka. Albo czegoś - lub kogoś - o wiele gorszego.